fbpx
z Natalią Bloch rozmawia Marzena Zdanowska marzec 2013

Reżim tożsamości

Tybetańska diaspora potrzebuje uciekinierów – legitymizują politykę rządu na uchodźstwie i jego roszczenia. Jednocześnie są oni w pewnym stopniu postrzegani jako ci, którzy burzą wyidealizowany wizerunek Tybetańczyka eksportowany na Zachód w celu pozyskiwania poparcia. Jawią się jako „niewystarczająco tybetańscy”.

Artykuł z numeru

Prawo do zabijania

Prawo do zabijania

Tybet sprzed chińskiej okupacji bywa często przedstawiany jako raj na ziemi, kraina otoczona białymi szczytami, w której każdy przeżywa duchowe oświecenie i gdzie między wszystkimi panuje pokój. Czy Tybet tak kiedykolwiek wyglądał?

A czy jakikolwiek kraj tak kiedykolwiek wyglądał? Poza tymi wyobrażonymi, wyidealizowanymi…

Co wiemy o – jak to Pani określa – tzw. dawnym Tybecie?

Należałoby zapewne zacząć od tego, jak definiujemy dziś historię – czy możliwe jest ustalenie faktów z przeszłości, czy raczej poruszamy się zawsze w sferze interpretacji? John Powers, autor książki History as Propaganda. Tibetan Exiles versus the People’s Republic of China (Historia jako propaganda. Tybetańscy uchodźcy kontra Chińska Republika Ludowa), pokazuje, że przeszłość jest współcześnie rozgrywana w konkretnych celach politycznych. Z jednej strony, mamy obraz podtrzymywany przez tybetański rząd na uchodźstwie, wyidealizowaną wizję kraju przesiąkniętego religią, zamieszkanego przez pokojowo nastawionych Tybetańczyków, którzy dbają o środowisko naturalne i dobre relacje ze wszystkimi. Z drugiej strony, władze Chińskiej Republiki Ludowej mówią, że Tybet wyglądał zupełnie inaczej: panowały tam feudalizm, zacofanie i konserwatyzm mnichów buddyjskich. Rzeczywistość, o ile w nią wierzymy, jest zapewne gdzieś pośrodku.

Było różnie. To zależy, jaki okres mamy na myśli. Rok, dwa przed wkroczeniem Armii Ludowo-Wyzwoleńczej? Czy może 100 lat wcześniej? Czy historię jeszcze bardziej odległą? Początki państwowości tybetańskiej wyznaczone przez zwierzchnią władzę królewską sięgają VII w. i według historyków do IX w. Tybet był potęgą regionalną, która zawojowała okolice. Chińskie kroniki dynastii Tang opowiadają o strasznych barbarzyńskich hordach tybetańskich, które nazywano „czerwonymi twarzami”, ponieważ wojownicy malowali twarze ochrą. Warto to odnotować, ponieważ początek buddyzmu w Tybecie, który jest podawany przez stronę tybetańską jako moment, kiedy zapanowały pokojowe współistnienie, skupienie się na kontemplacji i sferze niematerialnej, datuje się właśnie na VII w. Tylko że buddyzmu nie wprowadzono z dnia na dzień. Później, w IX w., okres wojen się zakończył, ale nie ze względu na pokojowe przesłanie nowej religii, tylko dlatego że wskutek wewnętrznych rozgrywek politycznych doszło do swego rodzaju rozdrobnienia dzielnicowego, zabrakło silnej władzy zwierzchniej. W tej sytuacji klasztory stały się lokalnymi potęgami, które skupiały w sobie władzę duchową i świecką.

Czy istnieją opisy dawnego Tybetu pochodzące od ludzi z Zachodu, np. podróżników, które wpłynęły na to, jak dziś wyobrażamy sobie ten region?

Tybet funkcjonował w zachodnich wyobrażeniach przez cały XIX w. aż do pierwszej połowy XX w. jako zakazany owoc. Moment, kiedy mogła tam nastąpić zachodnia eksploracja, np. przez Brytyjczyków od strony indyjskiej, przypadł na okres pewnego zamknięcia Tybetu. W tym czasie rządząca w Chinach dynastia Qing, targana wojnami opiumowymi, siała lęk przed światem zewnętrznym, ostrzegała, że kraje zachodnie mogą chcieć skolonizować kolejne terytoria, więc nie należy wpuszczać ich przedstawicieli. Tybetańczycy rzeczywiście takie nastawienie przyjęli, co zaowocowało XIX-wiecznym izolacjonizmem. Ale jak to bywa z zakazanymi owocami – im bardziej nie można było, tym bardziej wszyscy chcieli się tam dostać. Całe rzesze podróżników, odkrywców i innych poszukiwaczy przygód różnymi sposobami próbowały dostać się do Tybetu. Do tego należy dodać szpiegów i misjonarzy. Ponieważ jednak warunki geograficzne utrudniały eksploracje w głąb kraju, przybysze często docierali tylko na obrzeża. Mieli ponadto problemy z komunikacją, bo żeby poznać język trzeba było zostać tam na dobre kilka lat. Na podstawie tego dosyć powierzchownego kontaktu później rodziły się niestworzone opowieści – o lewitujących mnichach, o otwieraniu trzeciego oka, o Yeti itd. Na Zachodzie pojawiła się w tym czasie moda na okultyzm, która mocno podsyciła zainteresowanie Tybetem, i w rezultacie powstał bardzo ezoteryczny, mistyczny jego obraz.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się