fbpx
z Michaelem Novakiem rozmawia Karol Kleczka Styczeń 2015

Amerykański punkt widzenia

W Ameryce nie mamy jednego języka ani jednej krwi, ale w praktycznym wymiarze jesteśmy tytanami solidarności. Nie wynika ona z reguł państwowych, ale z tego, jacy jesteśmy, to nasz nawyk. Każdy Amerykanin czuje odpowiedzialność za innych.

Artykuł z numeru

Wolność od/do religii

Wolność od/do religii

Pańska ostatnia książka nosi tytuł Writing from Left to Right. My Journey from Liberal to Conservative. Jednocześnie jest Pan jednym z najbardziej rozpoznawanych przedstawicieli nurtu łączącego liberalizm gospodarczy z chrześcijaństwem. Czy w Pańskim podejściu do ekonomii nastąpiła w ostatnim czasie jakaś poważna zmiana?

W napisanej w latach 50. książce Louisa Hartza A Liberal Tradition in America możemy przeczytać, że w Ameryce wszyscy są liberałami. W pewnym sensie to prawdziwa teza, bazująca jednak na uproszczeniu. W tradycji amerykańskiej można prześledzić także obecność konserwatywnego kierunku, którego źródeł należy szukać wśród agrarystów. Wybitnymi XX-wiecznymi konserwatystami byli Russell Kirk czy William F. Buckley. Jednak w latach 70. i 80. wielu z nas tworzyło liberalną większość. Właśnie wtedy zaczęto zauważać kryzys idei „Wielkiego Społeczeństwa” opartej na programie prezydenta Lyndona Johnsona. Program miał na celu pomóc ubogim i powstrzymać przestępczość wśród nieletnich. W rezultacie w ciągu pięciu lat ilość zbrodni popełnianych przez niepełnoletnich wzrosła o 600%. To pociągnęło za sobą rozpady rodzin, zwłaszcza w społecznościach czarnoskórych obywateli. Podobne procesy można było zaobserwować również w środowiskach „białych” Amerykanów, lecz zachodziły one wolniej. Coraz więcej urodzeń miało miejsce poza małżeństwami, co nie wróżyło dobrze samym dzieciom. Otrzymywały wskutek tego słabszą opiekę, niekompletną edukację, zdarzały się nawet niedobory jedzenia. Rodził się więc gniew.

Wielu z nas, liberałów, zauważyło wtedy własny błąd. Wspieraliśmy ideę „Wielkiego Społeczeństwa” (the Great Society), ale jej reperkusje były ogromne. Błąd polegał na tym, że to państwo doprowadziło do tego całego zamieszania, a nie powinno było tego robić. Silna rodzina daje potężne poczucie bezpieczeństwa, ale kiedy wpada w kryzys, to państwo w żadnej mierze nie jest w stanie jej zastąpić. Jest jak w wierszyku o Humptym Dumptym: spada się z wysoka i po upadku trudno się pozbierać – nie pomagają w tym ani konni, ani dworzanie.

Właśnie taka sytuacja miała miejsce w amerykańskim społeczeństwie na przełomie lat 70. i 80., a władza nie była w stanie pomóc. Napisałem wówczas do Departamentu Zdrowia, zwracając uwagę, że jedyną drogą do zachowania zdrowia, edukacji i dobrobytu jest wspieranie rodzin. To w kryzysie tej podstawowej struktury znajdowały swoją przyczynę wszystkie gospodarcze problemy Ameryki, w tym wzrost biedy, dotykający najszybciej niezamężne i niepracujące matki z dziećmi.

Nie byłem osamotniony w tej opinii. Zwracając uwagę na te kwestie, wielu myślicieli lewicowych, szczególnie Michael Harrington, zaczęło określać mnie i moich przyjaciół pogardliwym według nich mianem konserwatystów. Dodawali do tego przedrostek „neo”, podkreślając, że za samych konserwatystów nie powinniśmy się uważać. Nie lubiliśmy tego przydomku, ponieważ naszym celem było nadanie moralnych podstaw liberalizmowi, ale bez porzucania tego podejścia w gospodarce. Co jednak począć, kiedy wszyscy zaczynają cię tak nazywać? Nawet „Newsweek” umieścił nas z tym przydomkiem na okładce.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się