Zaiste, banalne to stwierdzenie, gdy o gatunku homo sapiens mowa, ale nigdy dotąd zawarte w nim przesłanie nie nabierało takiej wagi jak dziś, gdy wedle ekologa Eugene’a Stoermera oraz chemika atmosferycznego Paula Crutzena, a także rosnącej liczby geologów, żyjemy już w epoce geologicznej „antropocenu”. Już sama nazwa epoki sygnalizuje, że to właśnie gatunek ludzki wywiera dziś wpływ wyraźny i coraz oczywistszy, a w ostatecznym rachunku być może nawet decydujący, na stan i przemiany planetarnego ekosystemu. To od tego, co i jak wytwarzamy i co i jak spożywamy, zależeć może wydolność planety: jej zdolność odtwarzania warunków życia (w tym też i naszego) na Ziemi.
Wytwory pracy służą dziś nie tylko zaspokajaniu potrzeb ludzi żyjących, jak od niepamiętnych czasów wierzono i twierdzono lub milcząco zakładano. Ich charakter i sposób wytwarzania wpływają na szanse zaspokajania potrzeb także i w w i e l c e o d l e g ł e j przyszłości. Jeśli owa pierwsza funkcja pracy poddaje się mniej lub bardziej obrachunkowi, to tego, jak wyceniać i kontrolować tę drugą, musimy się jeszcze nauczyć – a sama konieczność nauczenia się i jej pilność nie przez wszystkich ludzi decydujących o sposobie wykorzystania ludzkiej zdolności pracy jest jak dotąd uznana nawet w teorii, a tym bardziej w praktyce. Wygląda na to, że o skutkach naszych dzisiejszych wyborów dowiedzą się dopiero nasi potomkowie, przekonawszy się o nich wprzódy na własnej skórze. A więc poniewczasie… A jak będzie o tym jeszcze mowa poniżej, obecny moment wspięcia się potencjału pracy ludzkiej na wyżyny nigdy dotąd przez gatunek ludzki nie osiągane i do niedawna nie do pomyślenia zbiega się z raptownym zmniejszaniem się roli pracy w kształtowaniu stosunków społecznych i z uwiądem jej społecznego poważania. Mało kto dziś twierdzi, jak to czynili dwa stulecia temu Adam Smith czy Dawid Ricardo i jak, czerpiąc z ich rozważań natchnienie, powtarzał Karol Marks, że praca jest źródłem wszelkich wartości…
*
Praca towarzyszy człowiekowi od zarania dziejów. Ale dopiero przed kilkuset laty wyodrębniono ją i wyosobniono z całości ludzkiego życia, w którą była wtopiona. Stało się to za sprawą, jak orzekł Max Weber, oddzielenia świata interesów od gospodarstwa domowego. Warsztat lub pole uprawne były dotąd organiczną częścią rodzinnego gospodarstwa – a teraz fabryki i kantory handlowe wynosić się zaczęły z rodzinnego domostwa i osiadać na terenach, na które niezatrudnieni w nich członkowie rodziny nie mieli wstępu. Wraz z nimi wyniosła się też „praca”. S z ł o s i ę teraz „do pracy”, i spędzało „przy pracy” o k r e ś l on ą c z ę ś ć d n i a, w której to części obowiązywały inne niż w rodzinnym domu procedury i wzory zachowania. Na tym nowym gruncie prawa i obowiązki były sprawą jednostek powiązanych li tylko stosunkami kontraktowymi (czyli, jak to zwięźle ujął Thomas Carlyle, li tylko obiegiem gotówki). Mianem „pracy” określano teraz zajęcia przynoszące zarobek pieniężny i czas potrzebny dla ich wykonania. Inne czynności do życia niezbędne były z pola semantycznego pojęcia „pracy” wyłączone – m.in. zajęcia istot ludzkich porzuconych w rodzinnym gospodarstwie, głównie kobiet; i to bez względu na to, jak uciążliwe były te zajęcia i jak wielkiego wymagały kunsztu. Adam Smith definiował już pracę jako miarę wartości wymiennej wszelkich towarów; tym samym wysiłek włożony w wytwarzanie dóbr i usług nie przeznaczonych do wymiany rynkowej, lecz do rodzinnego podziału i spożycia, za „pracę” uważany nie był. Krótko i węzłowato: „praca” była towarem jak inne albo nie była za pracę uznawana.