Gdy myślimy o zawodach przyszłości, przed oczami stają nam programiści sztucznej inteligencji, specjaliści od cyberbezpieczeństwa i inżynierowie kosmiczni. Lecz prawdziwą gwiazdą nadchodzących czasów może okazać się wszechstronna złota rączka.
Potrafimy niemal z zamkniętymi oczami poruszać się po klawiaturze komputera, za to z trudem przychodzi nam wymiana uszczelki w kranie czy przymocowanie półki do ściany. Nawet wbicie gwoździa to często zadanie przerastające nasze umiejętności.
Jako nastolatka marzyłam o mężu intelektualiście, żebym mogła z nim długie godziny spędzać na dyskusjach o literaturze. Wówczas bardziej ceniłam ludzi pracujących głową niż rękoma, dla siebie też widziałam przyszłość w pracy umysłowej.
Jednocześnie spędzałam czas z dziadkami, z których jeden był typową złotą rączką – człowiekiem umiejącym naprawić i ulepszyć wszystko. Szył buty, plótł wiklinowe kosze, uprawiał ogród, budował szklarnie, a popołudniami po pracy jeszcze naprawiał przyniesione mu przez sąsiadów rzeczy.
Wieść o drobnych i większych usługach, jakie wykonywał, niosła się szerokim echem i każdego dnia miał wiele dodatkowych zadań. To był mój ukochany dziadek, a ja byłam jego ukochaną wnuczką, więc brałam udział w wielu tych czynnościach jako obserwatorka, a czasem nawet czynna uczestniczka. Wydawało mi się naturalne, że coś wspólnie wyplatamy, budujemy, naprawiamy. To imadło, to młotek, a to nasiona marchwi, które wysiejemy w ogródku. I tak to szło. Dopiero jako dorosła osoba przypomniałam sobie słowa często powtarzane przez babcię, że jednego życzy mi w życiu: żeby mój przyszły mąż był tak pracowity i zaradny jak dziadek.
Los pomógł mi spełnić marzenie, by żyć z pracy umysłowej, jednocześnie nigdy nie zapomniałam, jak się robi na drutach, szyje, lepi pierogi, naprawia drobne rzeczy. Te umiejętności wyniosłam z domu, od moich dziadków, babci i mamy.
Choć kiedyś powiedzenie, że potrafię całkiem sprawnie zrobić na drutach czapkę, trochę uchodziło za przyznanie się do bycia babcią mimo młodego wieku. Minęło parę lat i dawne, nieco zapomniane zajęcia zaczęły znowu być modne. Popularne stały się warsztaty z haftu krzyżykowego, stolarki, odnawiania mebli. I nikogo to teraz nie dziwi.
Kiedy budowałam swój dom, zaskoczyło mnie to, jak dużo kosztuje praca fachowców – praca ludzkich rąk wykonujących to, czego maszyna nie potrafi. Rąk sterowanych doświadczonym umysłem. Miałam szczęście trafić na Złotą Rączkę, która kompletnie zmieniła moje podejście do zawodu fachowca. To nie był ktoś, kto coś tam potrafi, ale coś przy okazji zepsuje. Spotkałam fachowca z papierosem w kąciku ust, który wpada i wypada jak po ogień z hasłem, że „w poniedziałek pracy się nie zaczyna”. Zrozumiałam wtedy, że to jest właśnie zawód przyszłości. Niezależny od rozwoju technologii. Pewne rzeczy po prostu musi wykonać człowiek. Gdyby to ode mnie zależało, to na nowo wprowadziłabym do szkół ZPT – zajęcia praktyczno-techniczne, mieliśmy je jako dzieci w czasach PRL-u. Mimo trudnych czasów pracownie wyposażone były w kuchenki gazowe, imadła i stoły stolarskie. Kroiliśmy warzywa na sałatkę, budowaliśmy kwietniki i karmniki, szyliśmy, dziergaliśmy na szydełku, rozmawialiśmy o uprawie roślin doniczkowych. Im jestem starsza, tym bardziej doceniam tamte lekcje i tych nauczycieli, którzy potrafili nam przekazać tę praktyczną wiedzę. Dziś wydaje mi się, że bardziej stawiamy na wiedzę taką jak znajomość języków obcych, kodowanie czy balet niż samodzielne naprawienie rozdartych spodni. Zniszczyło się? To się wyrzuci i kupi następne. Czy to nie efekt życia na szybszych obrotach niż dawniej?